„Guguły” – Wioletta Grzegorzewska


Tytuł: Guguły
Autor: Wioletta Grzegorzewska
Wydawnictwo: Czarne
Data premiery: 11 lutego 2014
Ilość stron: 120
ISBN: 978-83-75-36696-9













Wioletka dorasta w małej wsi Hektary na Jurze Krakowsko-Częstochowskiej. Jej rozkwit przypadł na czasy PRL-u, co jest wzorowo zaakcentowane w tej publikacji. To właśnie dzieciństwo w tak charakterystycznym okresie i miejscu jest niesamowitym doświadczeniem dla czytelnika. Jeśli ktoś kojarzy ten etap, może w sposób poruszający wybrać się w podróż wraz z naszą autorką, podróż w przeszłość. Jeśli zaś nigdy nie spotkaliśmy się z podobnymi sytuacjami, nie wiemy jak smakują guguły, to będzie to emocjonująca opowieść, zawierająca w sobie mnóstwo magii. 
— Dziwnie jest urządzony ten świat — odezwał się do mnie nagle, gdy pekaes skręcił na Pułaskiego. — Nawet nie zdążyłem się obejrzeć, już nazywają mnie starym, a przecież w środku jestem jak te guguły.
Autorka zamknęła życie swojej bohaterki w kilku krótkich opowieściach, przypominających historię zapisane na kartkach pamiętnika. Nie podeszła do tego w sposób szczegółowy, drobiazgowy, w książce nie odnajdziemy retrospekcji do przyziemnych, nic nie znaczących momentów z życia Wiolki, natomiast powrócimy do sytuacji, które w jakikolwiek sposób wpłynęły na bohaterkę, wykształciły ją, były ważne. 

Styl jakim posługuje się Wioletta Grzegorzewska jest dopracowany, twórczy, a sam fakt, że odnajdziemy w książce elementy biograficzne dodaje tylko smaczku. Książkę czyta się tak szybko, jak szybko dorasta Wiolka w jej treści. Na bieżąco śledzimy jej losy, przez co jesteśmy świadkami jej zmieniających się poglądów, charakterystycznych cech i rozwijającej się wyobraźni. 

Nie mieszkałam na wsi, ale ta publikacja pozwoliła mi zakosztować tego specyficznego miejsca, w tych swoistych czasach, latach 80. Mycie podłogi wodą z octem, płukanie włosów w rumianku, szorowanie pięt popiołem - to jest to, co wspomina Wioleta. Jaki smak miało jej dzieciństwo? Smak niedojrzałych owoców. Niedojrzałość emocjonalna dziewięcioletniej bohaterki pasuje nam idealnie do tego tytułu.

Jest to książka napisana atrakcyjnym językiem, bowiem w sam raz dopasowanym do rzeczywistości w niej opisanej. Nie jest on arcy-piękny, ponieważ nie może być. Wtedy zabrakłoby realizmu, a autorka skrupulatnie zadbała o to, aby ukazać rzeczywistość PRL-u na polskiej prowincji w jak najdokładniejszy sposób, bez otoczki, ale i z pewną magią. Mam nadzieję, że to właśnie ta książka wygra The Man Booker International Prize.


Wioletta Grzegorzewska - Pochodzi z Rzeniszowa. Kilkanaście lat mieszkała w Częstochowie, gdzie ukończyła filologię polską na WSP. W latach 2003–2005 razem z mężem, Szymonem Grzegorzewskim, prowadziła magazyn literacki i niezależne wydawnictwo „Bulion", prowadziła warsztaty literackie w bibliotekach, szkołach, ośrodkach kultury. Jej wiersze ukazywały się w pol. czasopismach literackich, m.in.: Arkusz, Arterie, Studium, Fraza, Kresy, Tygiel Kultury, Zeszyty Literackie, kwartalniku sZAFa, ArtPapierze na stronach internetowych i w antologiach: Na końcu świata napisane. Autoportret współczesnej polskiej emigracji, Solistki: Antologia poezji kobiet (1989-2009), Free Over Blood. New Polish Poets Series. Opublikowała książki poetyckie: Wyobraźnia kontrolowana, Parantele, Orinoko, Inne obroty, oraz dwujęzyczny wybór wierszy: Pamięć Smieny/Smena's Memory. W 2006 wyemigrowała do Anglii. Mieszka w Ryde na Wyspie Wight. 12 czerwca 2012 roku w ramach projektu "Pomiędzy dwoma światami. Poezja i przekład. Between Two Worlds. Poetry and Translation" Biblioteka Brytyjska przygotowała dla archiwum nagrania kilkunastu wierszy poetki.

Zobacz więcej >

Światowy Dzień Poezji – spóźnione świętowanie


Nie wiem czy wiecie, ale 21 marca obchodziliśmy Światowy Dzień Poezji! Ja - jako, że przez ostatnie kilka miesięcy jestem nieogarnięta, niezorganizowana – całkowicie o tym zapomniałam! Dlatego dziś spieszę z obchodami i specjalnym postem! 
Ilu z Was myśli, że poezja jest nudna, trudna i żmudna? Nic bardziej mylnego! Jeśli pozna się wartościowe, nadzwyczajne i uniwersalne przykłady – może ona tylko zyskać przy bliższym poznaniu. Najważniejsze, to samemu dojść do tego wniosku. Przysiąść nad danym zbiorem, dawkować sobie wiersze i rozmyślać o nich. Bez spiny, bez stresu i bez terminów czy ocen.
Dlatego w dniu dzisiejszym przedstawię Wam kilka wierszy, które są dla mnie szczególnie ważne czy wartościowe, godne zapamiętania. Zapraszam! :)


***

Adam Asnyk – Jest anegdota dotycząca wspólnej podróży Asnyka i Ignacego Maciejowskiego – Sewera, popularnego niegdyś powieściopisarza. Panowie podróżowali razem zatłoczonym pociągiem. Maciejowski postanowił wykorzystać fakt, że jego przyjaciel miał pewien nerwowy tik, w zdenerwowaniu mrużył oko i dziwnie podnosił brwi. Poszedł do konduktora i poinformował go, że wiezie wariata, który w tłumie wpada w furię i może być niebezpieczny dla otoczenia. Jakież było zdziwienie Asnyka, gdy po powrocie z korytarza do przedziału, zastał w nim tylko przyjaciela. Obaj mogli podróżować dalej w komfortowych warunkach. Pasażerowie, którzy w trakcie jego nieobecności zostali uprzedzeni przez konduktora o jego przypadłości, woleli nie narażać się na atak i opuścili przedział.


"Między nami nic nie było!
Żadnych zwierzeń, wyznań żadnych,
Nic nas z sobą nie łączyło
Prócz wiosennych marzeń zdradnych;
Prócz tych woni, barw i blasków
Unoszących się w przestrzeni,
Prócz szumiących śpiewem lasków
I tej świeżej łąk zieleni;
Prócz tych kaskad i potoków
Zraszających każdy parów,
Prócz girlandy tęcz, obłoków,
Prócz natury słodkich czarów;
Prócz tych wspólnych, jasnych zdrojów,
Z których serce zachwyt piło,
Prócz pierwiosnków i powojów
Między nami nic nie było!"
— Adam Asnyk – „Między nami nic nie było”

Szukajcie prawdy jasnego płomienia! 
Szukajcie nowych, nie odkrytych dróg... 
Za każdym krokiem w tajniki stworzenia 
Coraz się dusza ludzka rozprzestrzenia 
I większym staje się Bóg! 
Choć otrząśniecie kwiaty barwnych mitów, 
Choć rozproszycie legendowy mrok, 
Choć mgle urojeń zedrzecie z błękitów, 
Ludziom niebiańskich nie zbraknie zachwytów, 
Lecz dalej sięgnie ich wzrok. 
Każda epoka ma swe własne cele 
I zapomina o wczorajszych snach... 
Nieście więc wiedzy pochodnie na czele 
I nowy udział bierzcie w wieków dziele, 
Przyszłości podnoście gmach! 
Ale nie depczcie przeszłości ołtarzy, 
Choć macie sami doskonalsze wznieść; 
Na nich się jeszcze święty ogień żarzy 
I miłość ludzka stoi tam na straży, 
I wy winniście im cześć! 
Ze światem, który w ciemność już zachodzi 
Wraz z cała tęczą idealnych snów, 
Prawdziwa mądrość niechaj was pogodzi, 
I wasze gwiazdy, o zdobywcy młodzi, 
W ciemności pogasną znów!
— Adam Asnyk – „Do młodych”

Dzień ma swój uśmiech ponętny, 
Błyszczącą weselem postać 
I ogień życia namiętny; 
Więc chciałem przy nim pozostać... 
Ale z kolei na straży, 
Stoi noc pełna zazdrości, 
Zdejmuje wesołość z twarzy 
I uśmiech ginie w ciemności... 
Noc ma swój smutek niebieski, 
Tęsknotę pragnień serdeczną, 
Rozsiewa po kwiatach łezki, 
Więc chciałem zrobić ją wieczną. 
Lecz znowu jasność paląca 
Buszy gmach nocnych bławatów, 
Urocze widma roztrąca, 
I rosę wypija z kwiatów. 
Ty masz dnia jasne oblicze, 
Wdzięk nocy, co duszę pieści. 
Twoje spojrzenie dziewicze 
Łzy razem i uśmiech mieści. 
Chcąc zgodzić pragnienia sprzeczne, 
Na żadną nie trafić zmianę, 
Przy tobie na czasy wieczne, 
Przy tobie, luba, zostanę!
— Adam Asnyk – „Dzień i noc”

Obłoki, co z ziemi wstają
I płyną w słońca blask złoty,
Ach, one mi się być zdają
Skrzydłami mojej tęsknoty.
Te białe skrzydła powiewne
Często nad ziemią obwisną,
Łzy po nich spływają rzewne,
Czasem i tęczą zabłysną.
Gwiazdy, co krążą w przestrzeniach
Po drogach nieskończoności,
Są one dla mnie w marzeniach
Oczami mojej miłości.
Patrzą się w ciemne odmęty
Te wielkie ruchome słońca...
I ja miłością przejęty,
Patrzę i tęsknię bez końca
— Adam Asnyk – „Tęsknota”

Nie mogłem tłumić dłużej
Najsłodszych serca snów,
Na listku białej róży
Skreśliłem kilka słów.
Słowa, co w piersiach drżały
Nie wymówione w głos,
Na listku róży białej
Rzuciłem tak na los!
Nadzieję, którąm pieścił,
I smutek, co mnie truł,
I wszystkom to umieścił,
Com marzył i com czuł.
Tę cichą serca spowiedź
Miałem jej posłać już
I prosić o odpowiedź
Na listku białych róż.
Lecz kiedy me wyrazy
Chciałem odczytać znów,
Dojrzałem w listku skazy,
Nie mogłem dostrzec słów.
I pożółkł listek wiotki,
Zatarł się marzeń ślad,
I zniknął wyraz słodki,
Com jej chciał posłać w świat!
— Adam Asnyk – „Zwiędły listek”

***

Konstanty Ildefons Gałczyński – jako student napisał rozprawę naukową o XV­wiecznym poecie szkockim Morisie Gordonie Cheats. Podał w niej dokładną biografię i cytował fragmenty jego poezji. Za pracę tę otrzymał ocenę bardzo dobrą. Po pewnym czasie okazało się, że Moris Gordon Cheats jest postacią całkowicie wymyśloną przez poetę, a "cheat" znaczy po angielsku: oszukać, okpić. 


Ile razem dróg przebytych?
Ile ścieżek przedeptanych?
Ile deszczów, ile śniegów
wiszących nad latarniami?
Ile listów, ile rozstań,
ciężkich godzin w miastach wielu?
I znów upór, żeby powstać
i znów iść, i dojść do celu.
Ile w trudzie nieustannym
wspólnych zmartwień, wspólnych dążeń?
Ile chlebów rozkrajanych?
Pocałunków? Schodów? Książek?
Ile lat nad strof stworzeniem?
Ile krzyku w poematy?
Ile chwil przy Beethovenie?
Przy Corellim? Przy Scarlattim?
Twe oczy jak piękne świece,
a w sercu źródło promienia.
Więc ja chciałbym twoje serce
ocalić od zapomnienia.
— Konstanty Ildefons Gałczyński – „Ile razem dróg przebytych”

***

Krzysztof Kamil Baczyński – Poeta nie uważał poezji za swoje jedyne powołanie. – Jego wielkim pragnieniem było zostać żołnierzem.


Deszcz jak siwe łodygi, szary szum,
a u okien smutek i konanie.
Taki deszcz kocham, taki szelest strun,
deszcz - życiu zmiłowanie.
Dalekie pociągi jeszcze jadą dalej
bez ciebie. Cóż? Bez ciebie. Cóż?
w ogrody wód, w jeziora żalu,
w liście, w aleje szklanych róż.
I czekasz jeszcze? Jeszcze czekasz?
Deszcz jest jak litość - wszystko zetrze:
i krew z bojowisk, i człowieka,
i skamieniałe z trwóg powietrze.
A ty u okien jeszcze marzysz,
nagrobku smutny. Czasu napis
spływa po mrocznej, głuchej twarzy,
może to deszczem, może łzami.
I to, że miłość, a nie taka,
i to, że nie dość cios bolesny,
a tylko ciemny jak krzyk ptaka,
i to, że płacz, a tak cielesny.
I to, że winy niepowrotne,
a jedna drugą coraz woła,
i to, jakbyś u wrót kościoła
widzenie miał jak sen samotne.
I stojąc tak w szeleście szklanym,
czuję, jak ląd odpływa w poszum.
Odejdą wszyscy ukochani,
po jednym wszyscy - krzyże niosąc,
a jeszcze innych deszcz oddali,
a jeszcze inni w mroku zginą,
staną za szkłem, co jak ze stali,
i nie doznani miną, miną.
I przejdą deszcze, zetną deszcze,
jak kosy ciche i bolesne,
i cień pokryje, cień omyje.
A tak kochając, walcząc, prosząc
stanę u źródeł - studni ciemnych,
w groźnym milczeniu ręce wznosząc,
jak pies pod pustym biczem głosu.
Nie pokochany, nie zabity,
nie napełniony, niedorzeczny,
poczuję deszcz czy płacz serdeczny,
że wszystko Bogu nadaremno.
Zostanę sam. Ja sam i ciemność.
I tylko krople, deszcze, deszcze
coraz to cichsze, bezbolesne.
— Krzysztof Kamil Baczyński – „Deszcze”

Oddzielili cie, syneczku, od snów, co jak motyl drżą,
haftowali ci, syneczku, smutne oczy rudą krwią,
malowali krajobrazy w żółte ściegi pożóg,
wyszywali wisielcami drzew płynące morze.
Wyuczyli cię, syneczku, ziemi twej na pamięć,
gdyś jej ścieżki powycinał żelaznymi łzami.
Odchowali cię w ciemności, odkarmili bochnem trwóg,
przemierzyłeś po omacku najwstydliwsze z ludzkich dróg.
I wyszedłeś, jasny synku, z czarną bronią w noc,
i poczułeś, jak się jeży w dźwięku minut - zło.
Zanim padłeś, jeszcze ziemię przeżegnałeś ręką.
Czy to była kula, synku, czy to serce pekło?
— Krzysztof Kamil Baczyński – „Elegia o...”

***

Jan Brzechwa – Ciekawy jest fakt, że Jan Brzechwa bał się niemowląt i małych dzieci. Pierwszy wiersz, który napisał Jan Brzechwa był o jego siostrze. Niestety nie można go dzisiaj przeczytać, bo siostra go zniszczyła. 

Jak zgaszone świece, dwie woskowe zmory, 
Spoglądamy w senne jesienne wieczory; 
Dwa skostniałe serca, dwie spłoszone twarze, 
Zanim drgną powieki - księżyc się ukaże. 
Trzeba wiernie kochać i bezmiernie wierzyć, 
Na to, by w miłości wszystkie klęski przeżyć. 
Lalko, moja lalko, powleczona woskiem, 
Kocham rozpaczliwie ręce twoje boskie, 
Wierzę w twoje serce zawczasu wystygłe, 
W pierś woskową wbijam nieomylną igłę, 
I choć trwamy nadal niezmienni i chłodni, 
Trwoży mnie wymyślność urojonej zbrodni. 
Lalko, moja lalko, po to cię przekłułem, 
Byś mnie zachowała w sercu swym nieczułym. 
Milczą korytarze, nisze i krużganki, 
Milczą blade wargi zabitej kochanki; 
Urok czarnoksięski zaskoczył ją we śnie. 
Sen nie dokończony urwał się boleśnie. 
Lalko, moja lalko, wydarta niebytom, 
Ciebie przecież kocham – nie tamtą, zabitą, 
Tamta już umarła, tamta leży w trumnie 
I swój cień woskowy zostawiła u mnie.
— Jan Brzechwa – „Lalka”

Przed laty 
Żył pies kudłaty. 
Nie pokojowy, nie podwórzowy, 
Nie miejski, nie wiejski, 
Ale od ogona do głowy 
Całkowicie czarodziejski. 
Był mistrzem Polski w dominie, 
I to nie są bynajmniej przechwałki, 
Grał na pianinie, 
Chodził po linie 
I sam zapalał zapałki. 
Powiecie pewnie, że to żadna sztuka, 
Że tego uczy dowolna psia szkółka, 
Ale zważcie, że pies ten nie szczekał, 
Lecz kukał – 
Jak rodowita kukułka. 
A grał w ping-ponga? Grał! 
A znał arytmetykę? Znał! 
Rozumiał po czesku? Rozumiał! 
I tylko szczekać nie umiał. 
Miał pies swego pana, 
Nazywał się Kołodziejski. 
Raz w poniedziałek z rana 
Powiedział pan: - Panie dziejski, 
Po diabła mi pies czarodziejski? 
Potrzeba mi kundla, co szczeka, 
A taki pies – to kaleka. 
I żeby dłużej nie zwlekać, 
Oddał psa do pewnego maga, 
Który nauczył go szczekać – 
Bo się więcej od psa nie wymaga.
— Jan Brzechwa – „Czarodziejski Pies”

***

Julian Tuwim – Lubił kokietować rozmówców, zawsze ustawiał się prawym profilem, żeby zakryć myszkę na lewej stronie twarzy, miał lęk wysokości, przesiadywał w kawiarniach, ludzie do niego lgnęli, dowcipny, ironista.

Lojalnie mówię do żony: 
„Małżonko, jestem wstawiony”. 
Odrzekła z pogardą: „Błazen! 
Uważam, że jesteś pod gazem”. 
Mówię: „Przesady nie lubię. 
Przysięgam ci, że mam w czubie”. 
Powiada: „Kłamiesz, kochany. 
Twierdzę, że jesteś pijany”. 
Nie przeczę – mówię – żem hulał, 
Lecz jam się tylko ululał”. 
Odrzekła: „Łżesz jak najęty. 
Po prostu jesteś urżnięty”. 
„Ja – mówię – nic nie skłamałem; 
Do prawdy, pałę zalałem. 
„Kłamstwo – powiada – co krok! 
Jesteś urżnięty w sztok. 
„Oszczerstwo! – oświadczam z gestem 
– Pijany jak bela jestem. 
„Baranek – krzyczy – bez winy! 
A kurzy mu się z czupryny”. 
Wyję: „Niech pani przestanie! 
Ja jestem w nietrzeźwym stanie”. 
„Łżesz – mówi znów – jak najęty! 
Trynknięty jesteś, trynknięty!” 
„Nieprawda – ryknąłem na to 
– Ja jestem pod dobrą datą!” 
„Gadaj – powiada – do ściany, 
Wiem dobrze: jesteś zalany!” 
„Jędzo – szepnąłem – przestaniesz? 
Ja - zryty jestem! Ty kłamiesz!”
Godzinę trwała ta sprzeczka, 
Aż poszła na wódkę żoneczka. 
A ja, by się nie dać ogłupić, 
Także poszedłem się upić.
— Julian Tuwim – „Sprzeczka z żoną”

***

Adam Mickiewicz – Mało kto wie, że Mickiewicz przeprowadzał się w swoim życiu ponad czterdzieści razy. Przyczyną tego były zapewne jego liczne romanse, które przyprawiały go o kłopoty. 


Słuchaj, dzieweczko!
— Ona nie słucha —
To dzień biały! to miasteczko!
Przy tobie nie ma żywego ducha.
Co tam wkoło siebie chwytasz?
Kogo wołasz, z kim się witasz?
— Ona nie słucha. —
To jak martwa opoka
Nie zwróci w stronę oka,
To strzela wkoło oczyma,
To się łzami zaleje;
Coś niby chwyta, coś niby trzyma;
Rozpłacze się i zaśmieje.
„Tyżeś to w nocy? to ty, Jasieńku!
Ach! i po śmierci kocha!
Tutaj, tutaj, pomaleńku,
Czasem usłyszy macocha!
Niech sobie słyszy, już nie ma ciebie!
Już po twoim pogrzebie!
Ty już umarłeś? Ach! ja się boję!
Czego się boję mego Jasieńka?
Ach, to on! lica twoje, oczki twoje!
Twoja biała sukienka!
I sam ty biały jak chusta,
Zimny, jakie zimne dłonie!
Tutaj połóż, tu na łonie,
Przyciśnij mnie, do ust usta!
Ach, jak tam zimno musi być w grobie!
Umarłeś! tak, dwa lata!
Weź mię, ja umrę przy tobie,
Nie lubię świata.
Źle mnie w złych ludzi tłumie,
Płaczę, a oni szydzą;
Mówię, nikt nie rozumie;
Widzę, oni nie widzą!
Śród dnia przyjdź kiedy... To może we śnie?
Nie, nie... trzymam ciebie w ręku.
Gdzie znikasz, gdzie, mój Jasieńku!
Jeszcze wcześnie, jeszcze wcześnie!
Mój Boże! kur się odzywa,
Zorza błyska w okienku.
Gdzie znikłeś? ach! stój, Jasieńku!
Ja nieszczęśliwa”.
Tak się dziewczyna z kochankiem pieści,
Bieży za nim, krzyczy, pada;
Na ten upadek, na głos boleści
Skupia się ludzi gromada.
"Mówcie pacierze! – krzyczy prostota –
Tu jego dusza być musi.
Jasio być musi przy swej Karusi,
On ją kochał za żywota!”
I ja to słyszę, i ja tak wierzę,
Płaczę i mówię pacierze.
„Słuchaj, dzieweczko!” – krzyknie śród zgiełku
Starzec, i na lud zawoła:
„Ufajcie memu oku i szkiełku,
Nic tu nie widzę dokoła.
Duchy karczemnej tworem gawiedzi,
W głupstwa wywarzone kuźni.
Dziewczyna duby smalone bredzi,
A gmin rozumowi bluźni”.
„Dziewczyna czuje, – odpowiadam skromnie –
A gawiedź wierzy głęboko;
Czucie i wiara silniej mówi do mnie
Niż mędrca szkiełko i oko.
Martwe znasz prawdy, nieznane dla ludu,
Widzisz świat w proszku, w każdej gwiazd iskierce.
Nie znasz prawd żywych, nie obaczysz cudu!
Miej serce i patrzaj w serce!”
— Adam Mickiewicz – „Romantyczność”

***

Maria Pawlikowska-Jasnorzewska –  rozwijała się także na niwie malarskiej, chociaż jej twórczość plastyczna była dziedziną raczej poboczną wobec literackiej. Poetka trzykrotnie wychodziła za mąż. Najpierw poślubiła Władysława Janotę Bzowskiego. Jednak po kilku latach nastąpiło unieważnienie ślubu kościelnego, co jak głosiła fama, kosztowało Wojciecha Kossaka fortunę.

Ach, długo jeszcze poleżę
w szklanej wodzie, w sieci wodorostów, 
zanim nareszcie uwierzę,
że mnie nie kochano po prostu.
— Maria Pawlikowska-Jasnorzewska – „Ofelia”

***

Agnieszka Osiecka – W niej kochali się mężczyźni inteligentni, kulturalni i szarmanccy, a ona porzucała ich, by wiązać się z chuliganami. 

Chciałeś zabrać mnie nad morze, 
a zgubiłam się na lata, 
teraz muszę, mój ty Boże, 
wracać dookoła świata. 
Dookoła świata płynę, 
co za koszt i jaki kłopot, 
zamiast wtedy kupić bilet, 
prostą drogą pruć do Sopot... 
Cierniem jesteś w mej koronie, 
w mym uśmiechu - smugą smutku, 
czy ja kiedy cię dogonię, 
chociaż idziesz pomalutku? 
— Agnieszka Osiecka – „Chciałeś”

***

Wisława Szymborska – Uwielbiała boksera, Andrzeja Gołotę. Podobno, zarywała noce, aby tylko obejrzeć w telewizji swojego idola, walczącego na ringu. Kiedy jej ulubieniec przegrywał walkę, przyjaciele polskiej Noblistki dzwonili do niej, aby przekazać wyrazy współczucia. Martwili się, jak przyjęła porażkę boksera. Wisława Szymborska otrzymała wiele portretów Andrzeja Gołoty, a w jej pokoju znajdowała się jego podobizna. Uwielbiała skrzydełka z KFC. Poetka czasami prosiła, aby znajomy przywiózł jej ten przysmak do domu. Co ciekawe, skrzydełka później mroziła.

Umrzeć – tego się nie robi kotu.
Bo co ma począć kot
w pustym mieszkaniu.
Wdrapywać się na ściany.
Ocierać między meblami.
Nic niby tu nie zmienione,
a jednak pozamieniane.
Niby nie przesunięte,
a jednak porozsuwane.
I wieczorami lampa już nie świeci.
Słychać kroki na schodach,
ale to nie te.
Ręka, co kładzie rybę na talerzyk,
także nie ta, co kładła.
Coś sie tu nie zaczyna
w swojej zwykłej porze.
Coś się tu nie odbywa
jak powinno.
Ktoś tutaj był i był,
a potem nagle zniknął
i uporczywie go nie ma.
Do wszystkich szaf sie zajrzało.
Przez półki przebiegło.
Wcisnęło się pod dywan i sprawdziło.
Nawet złamało zakaz
i rozrzuciło papiery.
Co więcej jest do zrobienia.
Spać i czekać.
Niech no on tylko wróci,
niech no się pokaże.
Już on się dowie,
że tak z kotem nie można.
Będzie się szło w jego stronę
jakby się wcale nie chciało,
pomalutku,
na bardzo obrażonych łapach.
O żadnych skoków pisków na początek.
— Wisława Szymborska – „Kot w pustym mieszkaniu”

***


A Wy - macie swoje ulubione wiersze? :)
Zobacz więcej >

„Pragnienie” — Richard Flanagan


Tytuł: Pragnienie
Oryginalny tytuł: Wanting
Autor: Richard Flanagan
Wydawnictwo: Literackie
Data premiery: 12 stycznia 2017
Ilość stron: 252
ISBN: 978-83-08-06294-4












Richard Flanagan to wybitny australijski powieściopisarz pochodzący z Tasmanii. Laureat prestiżowych nagród. Nad książką „Ścieżki Północy”, za którą otrzymał Bookera w 2014 roku, pracował dwanaście lat. 

Mamy rok 1841. Lady Jane i sir John Franklin postanawiają adoptować aborygeńską dziewczynkę. Żona odkrywcy chciałaby udowodnić wyższość rozumu nad barbarzyńską naturą. Stara się ucywilizować dziecko, by przystosować je do życia w Londynie. Mamy również skok w przyszłość, do miejsca, gdzie Charles Dickens, sławny pisarz, próbuje ocalić dobre imię Franklina, który zginął podczas wyprawy na Arktykę. Krążą pomówienia, jakoby mieliby on i jego załoga dopuścić się kanibalizmu. 

Całą powieść można podzielić na dwa mniejsze opowiadania. Bohaterami pierwszego z nich byłaby lady Jane i jej mąż – sir John Franklin, wraz ze swoją adoptowaną córką Mathinną. Natomiast drugiego – Charles Dickens. Choć one się nawzajem uzupełniają, to jednak mają na tyle rozwiniętą fabułę, że spokojnie mogłyby tworzyć dwie zupełnie różne nowele. 

Marzy Ci się malinowa herbata z autorem „Opowieści Wigilijnej”? Wyobrażasz sobie, jak popijacie latte w kawiarni, rozmawiając o rodzinie Dorrit? Dzięki Flanaganowi jest to możliwe! Choć postać pisarza jest w tej chwili fikcją literacką, to jednak ten obraz może przynieść dużo satysfakcji.

Początkowo najbardziej interesowały mnie relacje między Dickensem a jego żoną, jednak później wciągnęłam się również w historię Lady Jane i sir Johna. Zdania jakimi posługuje się autor są długie, przez co wydają się męczące i niekiedy wprowadzające chaos. Mimo wszystko przyjemnie spędziłam czas z lekturą, ponieważ była ona wciągająca i bogata w ciekawe wątki. Zdarzały się momenty, że monologi czy problemy egzystencjalne bohaterów potrafiły niezwykle irytować, to jednak większość z nich dało się znieść i odnaleźć nawiązanie do treści.
„— No popatrz tylko — zwróciła się do swojego leciwego korpulentnego męża — prawie chce się objąć to małe, dzikie zwierzątko i je pogłaskać.” 
Takimi oto słowami Lady Jane zwróciła się do swojego męża, opisując młodą Aborygenkę. To jedno zdanie pokazuje stosunek charakterów to czarnego ludu zamieszkującego osady. Surowe wychowanie adopcyjnych rodziców, brak czułości, traktowanie zlęknionego smyka jako eksperyment – przeraża i wprowadza w osłupienie. Nikt nie zdaje sobie sprawy, że właśnie TO dziecko ma uczucia, ma duszę, ma serce, które w końcu pęknie, a piękna, energiczna dziewczynka stanie się pogrążoną w apatii, zdziczałą kobietą. 

Żal to uczucie, które towarzyszyło mi przez cały czas. Żal mi było Aborygenów, żal mi było Mathinny, żony pisarza, żal mi było nawet Dickensa i lady Jane! Wszyscy oni byli męczeni przez swoje ludzkie słabości, cierpieli przez innych bądź przez siebie i swoje pochodzenie. Ich uczucia udzielają się czytelnikowi, choćby nie wiem jak się przed nimi bronił.
„— Dzikus, mój drogi Wilkie, czy mówimy o Eskimosie, czy o Tahitańczyku, jest kimś, kto ulega swoim namiętnościom. Anglik stara się je zrozumieć, opanować i jak najlepiej wykorzystać.”
Jednak czy nie wszyscy jesteśmy dzikusami? Czy nie wszyscy dajemy się ponieść namiętnościom? 


Za egzemplarz serdecznie dziękuję Wydawnictwu Literackie!
Zobacz więcej >
Z książką do łóżka © 2015. Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka