Motyw matki w literaturze – wpis gościnny


Dziś jest dzień wszystkich tych kobiet, które w wielkim bólu wydały na świat swoje maleństwa, by opiekować się nimi, darzyć miłością i rozpieszczać. 

Moja mama to wspaniała, ciepła kobieta, o sercu złotym i na dłoni. Okazuję jej taką samą miłość w ten szczególny dzień, jak i również na co dzień. Jednak 26 maja daję jej dodatkowe prezenty, z uśmiechem na ustach, bo wiem, że nie będzie na mnie krzyczeć za wydawanie pieniędzy! :) Na początku chciałam stworzyć z okazji tego święta post, taką typową polecajkę. Pomyślałam jednak, że zrobi to wiele osób, więc ja chciałabym coś innego! I tak zakiełkował mi w głowie plan, by znajome blogerki poprosić o wypowiedź na temat... MOTYWU MATKI W LITERATURZE! Dałam wolną rękę, pozwoliłam, by wybrały swoje typy, nieważne czy matki w tych powieściach będą złe czy dobre. Nie narzuciłam również długości tekstu, więc nie zdziwcie się tą różnorodnością! :) A teraz zapraszam i przede wszystkim dziękuję uczestnikom! A wszystkim mamom życzę jak najlepszej drogi życia! Wielkiego serca, po brzegi wypełnionego miłością od swoich pociech. 

Przez chwilę poczułam się jak w liceum, dostając zadanie napisania wypracowania, albo co gorsza, matury z języka polskiego. Motyw matki w literaturze brzmi tak dostojnie, że pierwsze, o czym zaczęłam myśleć to lektury szkolne. Na szczęście w miarę szybko ogarnęłam się i doszłam do wniosku, że napiszę o czymś nieoczywistym. Jestem dość świeżo po lekturze książki „Matka Polka Feministka” Joanny Mielewczyk. Jest to zbiór 18 rozmów o rodzicielstwie. Macierzyństwie, ale i ojcostwie, nadziei na posiadanie dziecka i zmęczeniu rodzicielstwem. Dlaczego właśnie tą pozycją chcę się z Wami podzielić? Otóż jako jedna z niewielu pokazuje całokształt macierzyństwa, skupiając się na detalach. Innymi słowy, poznamy wiele historii, różnych od siebie, dzięki którym zrozumiemy, że nie ma jednej definicji macierzyństwa. Bycie matką nie zawsze oznacza to samo. Macierzyństwo nie zawsze jest radością. Historie ukazane w „Matka Polka Feministka” pokazują, że macierzyństwo może być utrapieniem i mimo tego, że kochamy swoje dziecko, możemy mieć czasem dość bycia matką. To nie jest łatwa i przyjemna książka, bo pokazana bez lukru. Porusza historie, które mrożą krew w żyłach i aż proszą się o ocenę i publiczny lincz. Jednak nie o to w tym chodzi. Wyczynem jest przeczytać te reportaże i nie oceniać. Spróbować zrozumieć czarne strony macierzyństwa i trudne decyzje, jakie nie raz są podejmowane. Spojrzeć na pojęcie macierzyństwa z nieco szerszej perspektywy i po prostu wysłuchać. Nie wtrącać się. Bo czy właśnie nie na tym zależy każdemu z nas? Na zrozumieniu, bez publicznego oceniania? Chociaż raz.

Wydaje się nietrudno znaleźć postać matki w powieści. To ona wychowuje, ona jest odpowiedzialna za życie młodych dziewcząt i chłopców. Od matki wszystko się zaczyna. Jednak wbrew pozorom to niełatwe zadanie. Ilu bohaterów, czy dobrych, czy złych, tyle różnych kobiet. Odpowiedzieć na tak trudne zagadnienie, jakim jest motyw matki w literaturze, to nie lada wyzwanie. Ja postanowiłam przedstawić dwie wspaniałe kobiety. Obie to mamy pełne dobrego serca, zawsze gotowe pokochać, przyjąć każdego w swe ramiona, nie zaniedbując przy tym własnego potomstwa. Mające w sobie nieskończoną dobroć i miłość.Molly Weasley nie trzeba nikomu przedstawiać. Matka siedmiorga wspaniałych dzieci, żona Artura Weasleya. To bardzo energiczna kobieta, troszcząca się bardziej o innych niż o siebie. Zawsze uprzejma, wyrozumiała, ale również potrafiąca wzbudzić odpowiedni respekt ze strony swoich dzieci. Potrafiła ukarać surowo, jeśli był po temu poważny powód. Nie da się jednak zaprzeczyć, że w każdym jej słowie, choćby najgroźniej brzmiącym, można wyczuć morze miłości i troski. Dla swoich dzieci jest w stanie zrobić dosłownie wszystko. W pełni poświęciła się rodzinie, ale też potrafiła o nią walczyć (o czym świadczy choćby pokonanie Bellatiks Lestrange). Audrey Hawthorne to już nie tak znana kobieta, ale to kolejna wspaniała, niesamowita matka. Ma jednego, upragnionego syna, Gusa, lecz jej serce jest gotowe pomieścić wszystkich, którzy tego potrzebują. Słowa nie potrafią wyrazić jej dobroci i miłości. Poświęciła się w pełni wychowaniu upragnionego syna, ale potrafiła pod swe ramiona przyjąć również jego przyjaciółki, siostry Grace i Kate.Audrey poświęciła całe swoje życie wychowaniu syna, zrezygnowała z własnych przyjemności dla dziecka. Podarowała wszystko, co miała, ofiarowała swoje serce jedynakowi, który wyrósł na równie dobrego, oddanego, kochającego człowieka. Wspierała, zawsze będąc blisko. Była cudem, lecz ostatecznie i sobie pozwoliła na odrobinę szczęścia, decydując się wyjść za mąż. Gotowa zawsze nieść dobre słowo, zawsze oddana. Zarówno Audrey, jak i Molly, to wspaniałe matki, można rzec, że perfekcyjne. Nie znalazłby się nikt, kto nie chciałby doświadczyć ich miłości, ich dobroci, ich szczerego serca. Właśnie takie kobiety są największymi bohaterkami, a choć się o nich nie mówi, to na ich barkach niejednokrotnie spoczywa najcięższy ciężar. 

Jedno jest pewne – Matka to osoba wyjątkowa w życiu każdego człowieka. Wpływa na naszą wrażliwość, uczucia i dobre wychowanie. Otacza nas czułą opieką i potrafi pokazać nam świat z zupełnie innej strony. Literatura dość obszernie przedstawia postać rodzicielki. Istnieją takie, które dla swoich pociech są w stanie zrobić wszystko, ale również wyrodne, nie potrafiące odnaleźć w macierzyństwie namiastki szczęścia. Każdy z Was na pewno zna postać mitologicznej Matki cierpiącej – Demeter. Symbol kochającej matki, cierpiącej po utracie jedynego dziecka. Jej determinacja i uczucie jakim darzyła córkę nie pozwoliła bogini zaprzestać w poszukiwaniach. Odczuć to mógł każdy mieszkaniec planety, ponieważ swoją tęsknotę Demeter przelewała na całą ziemię. Kiedy jednak Kora wracała do najukochańszej matki od razu nastawała Wiosna. Tak pięknie, radośnie i kolorowo było do kolejnego powrotu córki do Hadesu. Świadczyć o tym mogła tylko jedna sprawa – niewidzialna nić nazywana po prostu bez graniczą, bezinteresowną miłością. Uczucie, którego nie można zobaczyć gołym okiem, ani wytworzyć pod żadną, inną postacią.

Opowiem Wam o pewnej matce, której daleko do superbohaterki. Kobieta miewa dni lepsze i gorsze, śmieje się i płacze, kocha i nienawidzi. W swojej „normalności” jest wyjątkowa, bo bliska, taka ludzka, a przy tym zagubiona w labiryncie macierzyństwa. Przeraża nas jej oblicze, a jednak chcemy przyjrzeć się jej bliżej, odkryć wszystkie sekrety. Poraża nas jej smutek, ale nie potrafimy jej usprawiedliwić. O kim mowa? Poznajcie Evę, która jest główną bohaterką powieści pt. Musimy porozmawiać o Kevinie. Kobieta nie chciała mieć dzieci, a jednak życie nie ułożyło się po jej myśli. Musiała zrezygnować z siebie, poświęcając cały czas i energię na wychowanie syna, co nie było łatwym zadaniem, a już tym bardziej przyjemnym, bowiem Kevin to dziecko nietypowe. Każdy kolejny krok i następny dzień były dla niej nie lada wyzwaniem, któremu nie potrafiła podołać lub – co musicie ocenić sami – próbowała mu sprostać, nie zważając na nic. Pełna złości, smutku, żalu opowiada o swoim życiu, wspominając lepszą wersję siebie, stara się zrozumieć, co zaszło, dostrzega każdy błąd, chce rozliczyć się z przeszłością. Eva zniknęła ze świata, by stworzyć pozory normalności, ponieważ taką rolę narzuca matce społeczeństwo, a jednak pogubiła się… Nie kochała lub kochała za mocno. Chcecie wysłuchać opowieści matki, żony, kobiety? Poświęcicie jej chwilę, chociaż początki tej historii bywają nużące a język toporny. Zapewniam Was jednak, że warto, bowiem każdy element prowadzi do wielkiego, porażającego, spektakularnego finału i, co zaskakuje, każdy ma sens. Musimy porozmawiać o Kevinie to thriller psychologiczny z prawdziwego zdarzenia! Historia zaklęta w listach, które kobieta pisze do swojego męża i syna, pozwala nam na dogłębne poznanie narratorki – staniemy ramię w ramię z Evą i z obawą, niepewnością, ze strachem ruszymy w trasę wyznaczoną jej wspomnieniami. Opowieść wstrząsa stabilnym myśleniem o świecie, miłości i wybaczeniu, przy czym odkrywa przed nami mroczną stronę macierzyństwa. Zapewne nie polubicie bohaterki, ale dajcie jej szansę, ponieważ to, co ma do powiedzenia, pozostanie na długo w Waszej pamięci.


Matka, czyli poświęcenie
Na postać matki w literaturze najtrafniej jest patrzeć przez pryzmat trudów, poświęcenia i wyrzeczeń, które znosi dla dobra swoich dzieci. Niejednokrotnie odejmuje sobie od ust ostatnią kromkę chleba, aby nakarmić czekająca w gnieździe pisklęta, ryzykuje życiem, by uchronić je przed złowieszczym biegiem historii, ale też rezygnuje z marzeń, by kiedyś w przyszłości jej dzieci mogły spełnić swoje. Najsłynniejszą i najlepiej znaną literaturoznawcom matką jest postać biblijnej Maryji, kroczącej przez całe życie u boku Jezusa. Gotowa na największe cierpienie, uświadomiona o hańbie, którą się okryje po spełnieniu obietnicy danej Bogu, wyrzekła się siebie samej z miłości do syna. Podobnym przykładem macierzyńskiej miłości darzy nas mitologia, przedstawiając mit o Demeter i Korze. Dwie kochające się kobiety zostały rozdzielone, gdy córka – Kora, zerwała podczas zabawy na łące z nimfami kwiat narcyza. Z rozwartej ziemi na rydwanie wyjechał władca podziemia, Hades. Ujrzawszy piękną Korę zapragnął, by stała się jego żoną, panią podziemi. Porwał dziewczynkę, narażając ją tym samym na utratę kontaktu z matką. Zrozpaczona Demeter szukała Kory po całej ziemi, a każde miejsce, które odwiedziła zmieniało się nie do poznania – kwiaty schły, drzewa obumierały, a wszelkie wody wysychały. W końcu rzuciła na ziemię klątwę, przynosząc wieczną i ponurą jesień i tym samym zmusiła Hadesa, by oddał jej córkę na 2/3 roku – porę wiosny i lata. 
Miłość, która boli
(…) Siły swe przelała, życie swe przesączyła kropla po kropli w jego siły. Nastawiła i wyprostowała drogi jego krwi. Nadała mu głos, krzyk, śpiew (…)
Musiało minąć sporo czasu, zanim Cezary Baryka dostrzegł, jak matka poświęca się, aby on – młody chłopak – mógł dorastać w świecie, w którym niczego mu nie zabraknie. Z początku odnosił się do niej z arogancją i wyższością, z biegiem lat zauważył, że kobieta wygląda na dużo starszą, niż wskazuje jej wiek, że ręce ma spracowane i naraża swoje życie, by chłopak mógł zjeść każdego dnia posiłek. Jadwiga Barykowa mieszkając w Baku musiała nauczyć się życia samodzielnego, w którym nie ma co liczyć na pomoc mężczyzny. Matka, której miłość zawsze jest poświęceniem, to najczęstszy motyw w literaturze chińskiej. Brak tam miejsca na opisy uczuć i czułości, bowiem każdy jej dzień to walka o przetrwanie – utrzymanie domu, wychowanie dzieci, znalezienie jedzenia, praca na polu i – co wymaga największej wytrwałości i hardości serca – oczekiwanie na męża. Zarówno w „Matce” amerykańskiej laureatki Nobla z 1938 roku Pearl S. Buck, jak i „Bum!” Mo Yana, nobliście z 2012 roku, znudzeni życiem na wsi, niedoceniani mężczyźni postanowili pewnego dnia odejść i zasmakować lepszego życia. Matki pozostały same, zmuszone przejąć wszystkie obowiązki, zakasać rękawy i jeszcze ciężej wziąć się do pracy. Słabe i wątłe kobiety gotowe na największą hańbę i upokorzenie po to tylko, by dać dzieciom lepsze życie. 
Marzenia matki, niczym odlatujący latawiec
– Miłość ma wiele twarzy- mówi Iris. – Czasami jest oderwana od życia jak latawiec bez sznurka, wiesz, że odlatuje do nieba, ale nie próbujesz go złapać, żeby nie wypuścić z rąk innych, ważniejszych rzeczy. W bestsellerowym „Bólu” Zeruyi Shalev Iris, główna bohaterka, zmaga się z uczuciem – po ponad dwudziestu latach w absolutnie przypadkowej sytuacji natknęła się na Ejtana, swoją miłość z młodzieńczych lat. Kiedy widzi sylwetkę mężczyzny – człowieka dla niej zupełnie obcego, bo w ogóle nie przypominającego chłopca, z którym chodziła za rękę, gdy miała siedemnaście lat, jej uczucie odżywa i jest silniejsze niż wszystko, co zbudowała z mężem w życiu. Gotowa rzucić się w wir namiętności podąża ślepo za swoją miłością, ale tylko do pewnego momentu. Kiedy zauważa, że jej córka padła ofiarą sekty, za wszelką cenę zamierza ją stamtąd wyciągnąć. Bo chociaż miłość jest ważna i widnieje gdzieś na horyzoncie niczym latawiec, to tak naprawdę w rękach trzyma wiele innych sznurków, o wiele ważniejszych, którym nie może pozwolić na wyswobodzenie się. Matka, bez względu na to, co przyniesie los i jak wyglądać będzie jej życie, na zawsze pozostanie matką. A im większy trud przyjdzie jej znieść, tym bardziej będzie się starać, aby życie jej dzieci było lepsze od tego, które prowadzić zmuszona była ona. Chociaż w literaturze niemało jest przykładów miłości dziwnej, skomplikowanej, momentami wręcz patologicznej, wciąż nie brakuje uczucia najszczerszego i najpiękniejszego – tego najprawdziwszego z wszystkich. 

Gdy zostałam zaproszona do tego wpisu nie zdawałam sobie sprawy, że wybór „odpowiedniej” matki będzie dla mnie taki trudny. Początkowo w ogóle nie potrafiłam odnaleźć książki, w której takowy motyw by się pojawił. Miałam totalną pustkę w głowie i gdy zaczęłam przeczesywać zasoby swojej półki z przeczytanymi książkami doszłam do wniosku, że jest ich mnóstwo i nie mogłam się zdecydować, którą z nich wybrać. W końcu wybrałam taką, która jest dość specyficzna. Mowa o Matce z „Maminsynka”. Kobieta samotnie wychowywała jedynego syna Leandra, który był i jest jej oczkiem w głowie. Starała się zapewnić mu wszystko, by nie odczuł braku ojca. Gdy chłopiec dorasta Matka wydaje się być tym przerażona i robi wszystko, by syn był jak najbardziej do niej przywiązany. Wszystko poszło po jej myśli i dorosły mężczyzna w każdej, nawet najdrobniejszej sprawie konsultuje się z Matką.  Jednak gdy w życiu Leandra pojawia się Amelia, kobieta czuje się zagrożona… W literaturze jest wiele portretów opiekuńczych matek, jednak Matka z „Maminsynka” wydaje się być unikalną kreacją (przynajmniej ja nie spotkałam podobnej postaci). Otoczyła swoje dziecko kokonem bezpieczeństwa i nikogo nie dopuszczała do niego, nieustannie chce mieć je tylko dla siebie. Jej zachowanie w znacznym stopniu wpłynęło na Leandra, który mając ponad 30 lat nie potrafi samodzielnie podjąć decyzji, które mają wpływ na jego życie… Muszę przyznać, że mój wybór lektury nie był przypadkowy. Wybrałam tę Matkę ze względu na to, że coraz częściej spotykam się z tym, że mężczyźni przed podjęciem jakiejkolwiek decyzji muszą skonsultować się z rodzicielką. Mimo, iż czytając dwa lata temu powieść byłam przekonana, że kreacja Matki jest przejaskrawiona, to teraz dochodzę do wniosku, że jednak jest ona prawdziwa. Każda kobieta stara się ochronić swoje dziecko przed nieszczęściem, próbuje ochraniać je przed przeszkodami i upadkami, co czasami jest potrzebne. Tymczasem Matka z „Maminsynka” jest nadopiekuńcza i żyje życiem syna, nie swoim. Jest to odrobinę przerażające… Nie jestem matką, nie potrafię powiedzieć, czy nie zachowywałabym się jak opisywana przeze mnie bohaterka, jednak wiem, że nie chciałabym, by mnie tak odbierano. Tym bardziej, nie chciałabym w przyszłości trafić na teściową, która otoczyłaby syna takim kokonem, i która postrzegałaby potencjalną partnerkę swojego dziecka jako zagrożenie. 

Myślę, że wcale nie będzie przesadą, jeśli zaryzykuję stwierdzenie, że postać matki jest jedną z najważniejszych postaci światowej literatury. Można by godzinami wyliczać kolejne literackie matki, bez których niejedna powieść straciłaby wiele i to nawet w utworach, w których matka wcale nie jest bohaterką pierwszoplanową. Gdy próbuję przypomnieć sobie tego typu postaci z moich ostatnich lektur na myśl od razu przychodzi mi fantastyczna matka Śpika, głównego bohatera powieści „On” Zośki Papużanki. Mimo że to właśnie Śpik, chłopiec „inny od innych”, gra w tej historii pierwsze skrzypce, jego wiecznie trwająca na posterunku mama jest nie mniej ważna. To ona okazuje się największą bohaterką, prawdziwą siłaczką, która nawet gdy targają nią trudne emocje – wyrzuty sumienia, wstyd, rozgoryczenie – zawsze ostatecznie staje do walki o syna. Kocha go bez względu na jego ułomność, na wszystkie problemy jakie jej sprawia, i co do których może być pewna, że nigdy się nie skończą. Bo Śpik już zawsze będzie Śpikiem a mama Śpika jego mamą. Papużance udało się stworzyć postać na wskroś prawdziwą, budzącą czułość i podziw, ale daleką od wyidealizowanego obrazu matki Polki unoszącej się na chmurce świętości.  Według mnie to jedna z najlepszych i najbardziej autentycznych matczynych figur jakie pojawiły się w ostatnich latach w polskiej literaturze. Jeśli jeszcze jej nie znacie koniecznie sięgnijcie po tę książkę!

Matka w literaturze jest zazwyczaj albo dobra, ciepła i kochająca, albo zła i bezduszna. Często jest tłem, opoką lub stoi gdzieś z boku, a bycie matką nie jest głównym wątkiem powieści. Zupełnie inaczej jest w książce Mama w czerech ścianach Samanthy Wilde- tu jest ona główną bohaterką. Ani dobrą, ani złą- po prostu zagubioną. To historia Joy- świeżo upieczonej mamy, która nie tak wyobrażała sobie pierwsze tygodnie i miesiące z dzieckiem. Po porodzie boli ją całe ciało, przesypia tylko kilka godzin w ciągu dobry, z chęcią rozmawia z telemarketerami, żeby tylko usłyszeć jakiś dorosły głos, a mąż wiecznie przesiaduje w pracy. Miało być zupelnie inaczej, bo gdzie te słodkie bobasy z reklam? Joy miota się w plątaninie uczuć. Między potrzebą wolności, a miłością do syna. Raz jest w stanie euforii, by w innym momencie kompletnie się załamać. Autorka bez tabu pisze o problemach fizycznych i emocjonalnych głównej bohaterki, zderzając jej rozterki z resztą świata- szczęściem matki, która ponownie wychodzi za mąż czy powrotem dawnej miłości. To historia pełna humoru, o problemach młodej matki. Zmyślona, ale momentami nad wyraz rzeczywista. To taki prawdziwy obrazek poczatkującej mamy utrwalony w literaturze- przepełnionej emocjami i niepewnej. 

Najbardziej miękkie futerko, zawsze życzliwy wyraz pyszczka, nieodłączny fartuszek w czerwone pasy przewiązany w pasie, a w łapce torebka. W torebce CAŁY świat, bo nigdy nie wiadomo, co może się przytrafić komuś w rodzinie. Zawsze gościnna - słoiki konfitur i sok malinowy tylko czekają na wygłodzonych oraz spragnionych przybyszy. Zawsze wyrozumiała - nawet jak Mała Mi zepsuje rodzinną pamiątkę, a niesforni goście przewrócą jej dom do góry nogami. Niezwykle cierpliwa - przy tak licznym towarzystwie każdy mógłby zwariować, ale nie ona.  Mamusia Muminka to wcielenie mamy idealnej, która potrafi z niewielkiej okazji wyprawić największą ucztę, otrzeć łzy największej rozpaczy, a nawet wykroić łódeczkę z kory, kiedy strumyk prosi się o zabawę. Niby ciągle się zamartwia losem bliskich, a mimo to zachowuje ten szczególny rodzaj optymizmu, jakoby zawsze znalazło się rozwiązanie na wszelkie problemy. Jest dobrym duchem Doliny Muminków, ostoją spokoju wszędzie tam, gdzie chaos i rozgardiasz, ale przede wszystkim jest wcieleniem macierzyństwa w literaturze.

To ona jako pierwsza dowiaduje się o naszym istnieniu. To ona jako pierwsza czuje - godzi się na poranne mdłości, opuchnięte stopy, ból kręgosłupa. To ona w bólach rodzi by jako pierwsza utulić. To ona nie przesypia niezliczonych nocy i ona, mierząc temperaturę ciała, podaje niezbyt smaczne lekarstwo dla naszego dobra. To ona karmi brukselką i jarmużem - dla naszego zdrowia. To ją możemy zbudzić w środku nocy i jej możemy zdradzić największe sekrety. Ona zawsze – od dnia narodzin – jest naszą powierniczką i wsparciem. Ona nie tylko oddaje nam ostatni kawałek swojego ulubionego ciasta, ale oddałaby za nas swoje życie. To ona - w przeciwieństwie do męża lub żony – jest tylko jedna. Matka - temat rzeka. Nic więc dziwnego, że raz po raz postać rodzicielki przewija się na kartach wielkiej literatury. Można by wyróżnić całe zastępy matek świata książki, ja jednak wezmę dziś pod lupę jedną – Matkę z „Gron gniewu”, pióra Johna Steinbecka. Dlaczego właśnie TA matka? Dlaczego postać, której autor poskąpił nawet imienia? By zrozumieć mój wybór, warto przyjrzeć się bliżej fabule steinbeckowskiej powieści. Tom Joad to jeden z jej głównych bohaterów. Po odsiadce za zabicie człowieka zostaje warunkowo zwolniony z więzienia. Wraca do swojego rodzinnego domu, w którym nie zastaje ani rodziców, ani rodzeństwa. Zasięgnąwszy informacji u starego sąsiada dowiaduje się o planach swej rodziny, tj. o ich wyjeździe z rodzinnej Oklahomy i emigracji za chlebem do słonecznej, ociekającej - przynajmniej w teorii - dobrobytem Kalifornii. Udaje mu się ich dogonić i dołączyć do podróżnej trupy, do swojej rodziny. A ta cierpi. Cierpi skrajną biedę. To rodzina, która szuka sposobu na odkucie się po finansowym marazmie. Migruje za chlebem i lepszym jutrem. Gdy okazuje się, że reklamowe foldery i przedstawione w nich oferty pracy nie mają nic wspólnego z szeroko pojętym dobrobytem, następuje rozłam. Poszczególnych członków rodziny trawić zaczynają słabości, w ich głowach rodzą się wątpliwości, kiełkuje niepewność. Niepokój staje się drugim ja rodziny Joadów, apatia, odrętwienie i bezradność na stałe wpisują się w ich egzystencję. W tym też momencie rozpoczyna się nie tylko prawdziwa opowieść o pułapkach kapitalizmu i o wyzysku skrajnie biedujących ludzi, ale o sile jaka może drzemać w niepozornej, wyczerpanej finansowo i emocjonalnie rodzinie. A siła ta bierze się z postaci Matki. 
"- Nie boi się mama, że nie będzie tak pięknie, jakeśmy się spodziewali?
- Nie - odparła szybko. - Nie boję się. Nie wolno się bać. I ja nie mogę się bać. To tak, jakby człowiek chciał przeżyć za wiele od razu. Przed nami jest tysiąc rodzajów życia, ale przeżyjemy tylko jedno. A przewidywać i mędrkować, co nas czeka - nie, to nie dla mnie. Ty możesz żyć przyszłością, jesteś jeszcze taki młody, ale moje życie to jak ta droga, którą jedziemy. I myślę tylko o tym, kiedy zaczniecie wołać o wieprzowe żeberka. - Rysy jej stwardniały. - Tyle tylko mogę - nic więcej. Na więcej mnie nie stać. Gdybym zrobiła coś ponadto, cała rodzina by się rozpadła. Oni wszyscy przecież liczą, że myślę o tym, co trzeba."
Matka - Steinbeck nie pokusił się w tym przypadku nawet o nadanie jej imienia. Znamienny to zabieg - dowód na to, iż mniej znaczy więcej. Bo matka tutaj, to archetyp wszystkich matek świata. Symbol, scalający ze sobą zagubionych, niezdecydowanych, rozgniewanych członków rodziny. To ona, choć niepozorna, jest silniejsza niż wszyscy mężczyźni w rodzinie razem wzięci. To ona zmusza do podejmowania kolejnych wyzwań, wymusza na rodzinie walkę o przetrwanie. To ona podejmuje niejednokrotnie decyzje. Jest stanowcza, opanowana, konkretna i zdecydowana. Nie pozwala sobie na bezradność czy wątpliwości. 
"Matka obracała łyżką smażące się ziemniaki, wrzący tłuszcz rozpryskiwał się dookoła. Dołożyła gałęzi do ognia. Płomienie wystrzeliły w górę i oświetliły namiot."
Choć zmuszona jest - pomimo świadomości, iż każdy kolejny dzień jest swego rodzaju cudem przetrwania - żyć z dnia na dzień, nie załamuje rąk. Wręcz przeciwnie - To zakasuje rękawy i gotuje po raz kolejny posiłek-nic, znienawidzoną przez wszystkich, jedynie dostępną mamałygę. Nie roztkliwia się, nie użala nad sobą i losem. Z jednej stron to dobra gospodyni, z drugiej ostoja ciepła; osoba ofiarująca całej rodzinie bezinteresowną miłość. To ona dba dosłownie i w przenośni o ognisko domowe, zapewnia poczucie bezpieczeństwa. Jak widać na powyższym przykładzie, John Steinbeck wykreował ideał matki - matki kochającej bezinteresownie, osoby dbającej ze wszech miar o najbliższych, istoty nie popadającej - w obliczu największej nawet klęski - w odrętwienie, a pozbawiając jej imienia stworzył z niej klasyczny, wielowymiarowy i ponadczasowy symbol. A ten, wzmocniony został jeszcze poprzez postać jej córki - Rose of Sharon, która to powijając syna, decydując się na kontrowersyjny, typowo matczyny gest, zamykający "Grona gniewu" staje się pochwałą kobiecości i macierzyństwa w ogóle. Matka Steinbecka, choć – jak mogłoby się wydawać – jest postacią drugoplanową, wzbudza szacunek. Jej postać wzrusza, daje nadzieję. Czyż nie taka właśnie powinna być? Kreacje takie jak Matka z „Gron gniewu” są ponadczasowe, zmuszają przy tym do myślenia, pobudzają w człowieku te najprostsze, a zarazem najważniejsze struny. Chcąc nie chcąc, John Steinbeck przypomina o jednej z wielkich prawd – matka jest tylko jedna, od zawsze bezinteresownie dbając i dając z siebie wszystko. Dlatego też – z okazji dzisiejszego święta – warto zatrzymać się na chwilę w codziennym pośpiechu i podziękować tej, której serce od zawsze bije dla nas. I być może sprezentować jej wspomnianą sagę? 

Doskonale pamiętam słowa własnej Mamy, gdy urodził się mój Synek. Powiedziała mi wtedy: „Od teraz masz przewalone. Będziesz się martwić do końca życia”. Rzeczywiście, jest w tym sporo prawdy. Patrzę dziś na mojego 1,5-rocznego Szkraba gdy się bawi, dokazuje, rozdaje mokre całusy i na samą myśl, że ktoś lub coś mogłoby mi odebrać tego uśmiechniętego chłopczyka, czuję niemal fizyczny ból. A przecież istnieją kobiety, które na skutek chorób, wypadków, czy działań złych ludzi doświadczyły takiej niewyobrażalnej straty. Tak, jak dwie bohaterki powieści „Jeżynowa zima” autorstwa Sarah Jio. Akcja rozgrywa się dwutorowo. W maju 1933 roku miasto nawiedziła gwałtowna śnieżyca. Właśnie wtedy Vera Ray, uboga, młoda samotna matka wychodzi do pracy w hotelu i jest zmuszona zostawić swojego 3-letniego synka samego w mieszkaniu. Gdy wraca, po chłopcu nie ma ani śladu. Wyszedł i się zgubił czy został porwany? Tego próbuje się dowiedzieć dziennikarka Claire, gdy 80 lat później podczas podobnego gwałtownego ochłodzenia pracuje nad artykułem do gazety i przypadkowo trafia na historię zaginionego dziecka. Claire, poza pisaniem i prowadzeniem śledztwa, zmaga się z przykrymi wspomnieniami z przeszłości – tragiczny wypadek, w którym straciła własne dziecko spowodował, że zamknęła się w sobie, a jej małżeństwo przechodzi silny kryzys. Nieoczekiwanie odkrywa, że ją i Verę łączy o wiele więcej, niż początkowo mogłaby sądzić… „Jeżynowa zima” to powieść pełna ciekawych splotów wydarzeń, w której autorka poruszyła wiele istotnych problemów: przepaści pomiędzy światem bogatych i biednych, radzenia sobie z kryzysem w związku, konieczności poznania prawdy o własnym pochodzeniu. I najważniejsze – to powieść o nieprzemijającej sile matczynej miłości. Dziecko, które traci rodziców, nazywamy sierotą. A jak nazwać matkę, która straciła swój największy skarb? No właśnie: nie ma słowa, które oddałoby ogrom takiego cierpienia. A przecież każdego dnia takie tragedie się zdarzają. Każdego dnia kochające matki walczą o zdrowie i życie swoich dzieci, tęsknią, wołają, szukają, wspominają. Matki, które każdego dnia obwiniają się o to, że mogły być uważniejsze, ostrożniejsze, lepsze, bardziej czułe, troskliwe, opanowane.  Matki, które nawet po wielu latach żałoby nie potrafią powiedzieć „żegnaj” i znaleźć spokoju.Być może ktoś zarzuci mi: „dlaczego wybrałaś taki smutny temat? Dlaczego nie napiszesz o macierzyństwie od tej jasnej, pozytywnej strony?”. Ano dlatego, że macierzyństwo to nie tylko śmiech, beztroska zabawa, cudowne „pierwsze razy” i te mokre całusy na dzień dobry i dobranoc. To też nie nawał nowych obowiązków, większe i mniejsze porażki wychowawcze, czuwanie przy dziecięcym łóżeczku. Jak się przekonałam, macierzyństwo to przede wszystkim seria pożegnań. To niesamowite, jak dzieci szybko dorastają. Każdy dzień przynosi jakąś nową umiejętność, nowe słowo – i to wyczekiwane „mama, ja sam!”, które z początku cieszy, a za chwilę już tęskni się za nieporadnym, wtulonym w nasze ramiona niemowlęciem. Dziś na Twoich kolanach siedzi maleńki skarb, a jutro wyrusza w daleki świat i choć Twoje matczyne serce protestuje z całych sił, musisz go wypuścić. Jeśli wciąż możesz go odwiedzić, porozmawiać, dać znać, że jesteś niedaleko i kochasz – jesteś szczęściarą. Na pewno w Twoim otoczeniu znajdują się matki, którym nie zostało to dane. Powieść „Jeżynowa zima” to w pewnym sensie świadectwo i hołd oddany tym kobietom, które mają w sobie nieskończone pokłady miłości, a brakuje im małej istotki, którą mogłyby nią obdarować. Jako szczęśliwa mama przeżywałam każdy wers, kibicowałam, płakałam i dostałam piękne, zaskakujące i dające nadzieję zakończenie. Mało tego – jeszcze mocniej doceniłam to, jak wielkiej łaski doświadczam każdego dnia. 

Drogi Czytelniku, bycie matką to jedna z najważniejszych i najtrudniejszych ról z jakimi przychodzi zmierzyć się kobiecie. To matka w dużej mierze wpływa na wychowanie dziecka, kształtuje jego styl bycia, daje poczucie bezpieczeństwa, uczy kochać i być kochanym. Macierzyństwo niesie za sobą wiele pięknych chwil przepełnionych miłością i radością, choć czasem spotyka się z trwogą. Literatura interpretuje postawy matek na swój sposób, ukazując ich wszystkie twarze, aczkolwiek wiele książek w ogóle nie ujmuje w sobie obrazu rodzicielek, traktując je po macoszemu co osobiście uważam za niezbyt dobre posunięcie. Życie wielokrotnie udowodniło, że nie wszystko jest piękne i owiane lukrową posypką. Między kochającymi i pełnymi trosk matkami możesz spotkać wyrodne i złe kobiety, które nie poczuwają się do nowej roli, traktują macierzyństwo jak brzemię, nie potrafią obdarzyć dziecka należytym uczuciem, odtrącają je. Podobny obraz wyłania się w powieści Stephena Kinga „Carrie”. Tytułowa bohaterka jest młodą dziewczyną wkraczającą w wiek dojrzałości. Usilnie potrzebuje aprobaty ze strony matki, jej zrozumienia, wsparcia. Jednak matka głównej bohaterki nie wywiązuje się ze swojej funkcji. Jest ślepo zafascynowana religią, wszelkie granice zdrowego rozsądku dawno zostały przez nią przekroczone. Kobieta spędza wiele godzin na modlitwie, każdą formę rozrywki traktuje jak ciężki grzech, z resztą… Margaret White wszędzie widzi niegodziwości przed którymi chce uchronić córkę. I może nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie fakt, że Carrie ciągle jest zamykana w ciemnej i ciasnej komórce. Pozbawiona jedzenia czy toalety zmuszana jest do codziennej i żmudnej modlitwy, która winna być błaganiem o przebaczenie (niepopełnionych) grzechów. Poza matką Carrie nie ma nikogo, posiadanie przyjaciół jest surowo zabronione co również ma swoje konsekwencje – rówieśnicy ciągle się z niej nabijają, wyśmiewają i szukają najmniejszego pretekstu, aby ją upokorzyć. Łatwo sobie wyobrazić jak fanatyczne wychowanie odbiło się na dziewczynie – strach, przerażenie, przygnębienie, poczucie pustki. Negatywne emocje podążają za nastolatką powodując coraz większe niszczenie. A wystarczyłoby mieć inną matkę… Kobietę, która zrozumie, porozmawia, wytłumaczy. Być może wtedy Carrie byłaby normalną, uśmiechniętą nastolatką z marzeniami i celami… Zastanówmy się czy brak wzorca matki może przyczynić się do zejścia na złą drogę? Odpowiedź jest niemal oczywista, a najlepszym przykładem potwierdzającym tę tezę jest Margo – główna bohaterka powieści Tarryn Fisher. Autorka bazuje na podobnym schemacie, który prezentuje King – młoda, zagubiona dziewczyna żyjąca w patologicznym otoczeniu. Życie Margo byłoby zwyczajne gdyby nie koszmar, który zrzuca na nią jej własna matka. Kobieta cierpi na depresję, jest oschła, zgorzkniała, na życie zarabia prostytucją. Egzystencjalne cierpienie tłumi za pomocą używek i leków. Mała Margo wszystkiemu się przygląda, a w jej wnętrzu zaczyna pojawiać się ciemność, trucizna powoli rozlewa się po organizmie. Rzeczywistość jest zdominowana przez złudne poczucie szczęścia pod którego fasadą kryje się ogromne cierpienie. Matka dziewczyny nie umie rozmawiać z córką, jedynymi słowami, jakie kieruje w jej stronę to roszczenia i rozkazy, a z czasem same rozkazy będące pojedynczymi słowami. Czy tak powinna wyglądać relacja matki z dzieckiem? Z reguły, gdy słyszymy słowo „mama” na myśl przychodzą nam pozytywne uczucia – ciepło, oddanie, bezpieczeństwo, radość. Matki kojarzone są z osobą, która prowadzi dziecko przez pewien etap życia, która jest przy dziecku w dobrych i złych chwilach. Pozwolę sobie przytoczyć przykład matki, którą wykreowała Cassandra Clare w serii „Dary Anioła”. Jocelyn Fray - silna, zdeterminowana kobieta, potrafiąca walczyć o swoje. Jocelyn skrywa pewien sekret, którego odkrycie może zrujnować świat jej córki. Kobieta staje na granicy własnego szczęścia, poświęca dla nastolatki własne dziedzictwo, aby ta mogła normalnie żyć. Gdy tajemnice wychodzą na światło dzienne, a sprawy przybierają mrocznego zabarwienia, Jocelyn poświęca samą siebie tylko po to, aby Clary była bezpieczna. Czynom kobiety przyświecały różne cele, nie była do końca szczera, ale należy podkreślić, że zawsze kierowała się dobrem własnego dziecka. Literatura utrwala w nas właśnie taki obraz - przepełniony wzruszeniem, oddaniem. Matka jest dawczynią życia, miłością, ostoją, drogowskazem. Potrafi zrozumieć, przebaczyć. To na jej barkach spoczywa ogrom odpowiedzialności za młodego człowieka, za jego osobowość, rozwój, dalsze życie. Macierzyństwo to ciężka sztuka i wprost niewyobrażalnym jest, aby matka skrzywdziła swoje dziecko. Niestety, dość często tak się dzieje. I nie chodzi tutaj o sam aspekt krzywdzenia fizycznego, ale właśnie psychicznego bo „żadna mądrość, której możemy nauczyć się na ziemi, nie da nam tego, co słowo i spojrzenie matki” (Wilhelm Raabe). 

Długo zastanawiałam się nad tym, w której książce pojawia się postać matki, o której chciałabym powiedzieć. I wyobraźcie sobie, że nic nie przychodziło mi do głowy. Żaden tytuł, nic o matkach, nic w polskich książkach, nic z mojej biblioteczki, nic z recenzji pisanych na blogu. Byłam przerażona. Czytałam oczywiście "Córkę doskonałą", jednak to nie było to, o czym chciałam napisać... I wiecie, w końcu dotarło do mnie, jaka matka będzie właściwą... Chodzi mi o Matyldę, bohaterkę książki Magdaleny Trubowicz. O matkę, która na pierwszym miejscu postawiła swojego syna, Oskara, mimo że sama jest nieszczęśliwa to jednak robi wszystko by syn tego nie odczuwał. "Drugie życie Matyldy" to wzruszająca historia, którą przeczytałam jednym tchem. Co więcej, niedawno ukazał się drugi tom, więc jeśli tylko historia okaże się dla Was tak wciągająca, jak dla mnie to natychmiast możecie się dowiedzieć, co było dalej.
http://biblioteczkaciekawychksiazek.blogspot.com/
Motyw matki jest rozpatrzony na kilka sposobów w serii Joanne Rowling o Harrym Potterze. Skupię się jednak tylko na dwóch przedstawieniach tego motywu. Pierwszy to matka poświęcająca się, aby chronić swoje dziecko - Lily Potter. Moim zdaniem to postać wyidealizowana - stanowi uosobienie miłości macierzyńskiej. Liliana jako matka na pierwszym miejscu stawia dobro dziecka. Wraz z Jamesem starają się ochronić Harry'ego na wszelkie możliwe sposoby. W ostatecznym rozrachunku bohaterka oddaje życie za dziecko i obdarza je ochroną w postaci osłony prawdziwej, bezinteresownej miłości. W czwartej i ostatniej części pokazana jako duch wspiera swojego syna, choć nie może mu już pomóc. Moim zdaniem autorka chciała przez to pokazać jak ważne jest wsparcie rodziców, w tym matki, a motyw ochrony Harry'ego to ukazanie wielkiej siły macierzyńskiej miłości. Drugi to matka ciepła, otwarta na problemy, ale i stanowcza - Molly Weasley. Wiecie, to moja ulubiona postać matki w ogóle. Za swoje dzieci skoczyłaby w ogień. Starała się także zastąpić matkę Harry'emu, widząc jego zagubienie oraz wiedząc, jak nieszczęśliwe miał dzieciństwo. Promieniujące od tej postaci ciepło potrafiłoby ogrzać serduszko w mroźny dzień. Nie była jednak naiwna ani pobłażliwa. Kiedy jej synowie nabroili, dostawali po łapach. Wspomnijmy choćby pamiętną sytuację z latającym samochodem w drugiej części. Należałoby także nadmienić, że w tej rodzinie to ona była głową - trzymała w ryzach synów oraz męża. Jako matka była też piastunką ogniska domowego, która scalała wszystkich w jedność. 

O matkach można mówić godzinami, a temat ten jest niczym rzeka. O matczynej, bezinteresownej i bezkresnej miłości napisano tysiące książek. Dlatego trudno było mi wybrać przykład matki z literatury, o której mogłabym się wypowiedzieć. W gimnazjum zaczytywałam się w „Jeżycjadzie” Małgorzaty Musierowicz. Książki te kształtowały moją osobowość, często rozchwianą w okresie dorastania. Mama Borejko to dla mnie przykład idealnej matki. Po urodzeniu przestałą pracować, aby zająć się domem i wychowaniem córek. Sama wiem jak jest to ważne, ponieważ moja mam była przy mnie cały czas, dopóki nie podrosłam i dopiero wróciła do pracy. Mila Borejko to pełna energii i zorganizowana kobieta, czasem lekko despotyczna. Czuła, kochająca, wyrozumiała. To ona w domu trzyma nad wszystkim pieczę, jest podporą dla członków rodziny, a przy tym wspaniałą gospodynią. Dzięki niej w domu zawsze panuje miła i bezpieczna atmosfera. Taka matka to prawdziwy skarb. A przy tej okazji chcę życzyć wszystkim Mamom, Mamusiom i Mateczkom przede wszystkim dużo zdrowia! No, i może odrobinkę cierpliwości.

Moją propozycją jest Atramentowa Trylogia Cornelii Funke. O ile pierwsza część koncentruje się przede wszystkim na relacji między ojcem a córką, a Resa jest jedynie postacią epizodyczną, o której wspomnienia przewijają się gdzieś w tle, o tyle później bohaterka staje się kimś kluczowym - zarówno dla fabuły, jak i swojego dziecka. Bardzo podoba mi się to, że nie podzieliła losu większości książkowych matek, które zazwyczaj są sprowadzane do roli zapychaczy lub przypadają im role niczym z greckiej tragedii. Zresztą, w Atramentowym Sercu jest więcej wspaniałych kobiet, które o swoje dzieci walczą jak lwice - jak chociażby Roksana, cudowna, wspaniała Roksana, która samodzielnie musiała udźwignąć brzemię wychowywania potomstwa. Powieści wspaniałe ukazują postaci matek, które oprócz sprawowania opieki nad dziećmi nadal są silnymi, wyrazistymi bohaterkami, których macierzyństwo zdecydowanie nie pozbawiło charakteru.

Jeśli powiązać Dzień Matki z literaturą, to od razu przychodzi mi na myśl książka, którą przeczytałam niedawno. Jest to „Czekałam na ciebie. Prawdziwa historia matki i córki, które odnalazły się po 77 latach”. Tytuł nie kłamie – historia jest autentyczna, pomijając oczywiście drobną inwencję autorek, niebędących w stanie słowo w słowo odwzorować rozmów między poszczególnymi osobami. Minka Disbrow, główna bohaterka tej historii, została zgwałcona, mając zaledwie szesnaście lat. Owocem tego traumatycznego wydarzenia była dziewczynka, mała Betty Jane, którą Minka urodziła kilka miesięcy później. Nie mając warunków pozwalających na wychowanie dziecka, córeczka Minki musiała zostać oddana do adopcji. To jednak nie sprawiło, że przestała ją kochać. Matka przez całe swoje życie pisała listy, wyłuskiwała nawet najdrobniejsze informacje o swoim dziecku, posyłała prezenty, byleby tylko dać Betty Jane tyle, ile mogła. Chciała ją poznać i nigdy nie traciła nadziei, że do spotkania kiedyś dojdzie. Miała rację. Po 77 latach rozłąki Minka mogła wreszcie wziąć swoją córkę w ramiona. Co najlepsze, w duecie pisarskim, który stworzył książkę opisującą te wydarzenia, jest Cathy LaGrow – wnuczka głównej bohaterki. Ta historia jest tak niezwykła, że aż ciężko w nią uwierzyć. A jednak; media swojego czasu wręcz huczały o matce i córce, które odnalazły się po tak długim czasie. Co ja wyniosłam z przeczytania tej książki? Jeszcze raz utwierdziłam się w przekonaniu, że matczyna miłość to jedna z najpotężniejszych sił na świecie. Wątpię, by istniały jej granice, bo zwykła troska o dobro swojego dziecka pozwala każdej rodzicielce na pokonanie wszelkich przeszkód. Matka jest w stanie podjąć decyzję, która złamie jej serce, o ile jej pociecha będzie przez to szczęśliwa – tak jak zrobiła Minka, oddając Betty Jane do adopcji. Matki kochają bezwarunkowo. Nie potrzebują nawet mieć codziennego kontaktu ze swoim dzieckiem, by kochać je całym sercem i być w stanie poświęcić wszystko. I chociaż nawet bez czytania tej książki wiedziałam, że moja mama to niesamowita kobieta, która dla mnie mogłaby przenosić góry, po lekturze czuję się jeszcze bardziej wdzięczna. Za opiekę mamy, za bycie nie tylko moim rodzicem, ale także przyjaciółką, powierniczką, jedną z najważniejszych osób w moim życiu. Dzień Matki to taki prosty, zwykły i jednocześnie niezwykły dzień. Wtedy uświadamiam sobie z podwójną mocą, że za moją mamą wskoczyłabym w ogień, tak samo, jak ona zrobiłaby to dla mnie. Historia Minki tylko mi o tym przypomniała. Tak silnych, pełnych oddania i kochających matek jest w literaturze mnóstwo – ale nie trzeba daleko szukać, żeby znaleźć podobny autorytet. Dla mnie to moja mama jest bohaterką, wręcz superbohaterką; cieszę się, że nigdy nie musiałyśmy się rozstawać, choć jednocześnie wiem, że znalazłybyśmy do siebie drogę. Jak Minka i Betty Jane.

Dwie kobiety, dwie matki. Każda z nich ma jedno marzenie, bardzo proste i codzienne. Miłość, ciepłe dłonie osłaniające od chłodnego wiatru i para maleńkich oczu, wpatrzonych z bezgraniczną ufnością. Tylko tyle. Niestety każdy promień słońca ujawnia to, co ukryło się w ciemnościach nocy. Pustka, ogromna pustka jak niezaleczona rana, z której sączy się poczucie winy i jałowości. Los potrafi drwić w okrutny sposób, zasklepiając blizny pozornym szczęściem. Każda z nich jest w stanie sprzedać duszę diabłu, aby móc zachować swój maleńki dar. Będzie ściskać niczym najcenniejszy skarb i walczyć do utraty tchu. I w tym wszystkim ona – niewinna istotka, nieświadoma rozgrywającego się wokół dramatu. Która z nich ma do niej prawo, która bardziej czuje się matką? Gdy Isabel postanawia spędzić resztę życia z Tomem, jej jedynym zmartwieniem jest osamotnienie na wyspie i obowiązki żony latarnika. Nie czuje jeszcze goryczy porażki i niezrozumienia, jakie szykuje jej los. Jednak z każdym kolejnym rokiem na wyspie pojawiają się maleńkie mogiły, symbolizujące niespełnione pragnienia. I gdy pewnego dnia morze wyrzuca łódź z martwym mężczyzną i płaczącym dzieciątkiem, Isabel nie waha się zbyt długo. Przekonuje Toma i w ten sposób buduje swój zamek z piasku. Nie pozwala sobie na rozmyślenia, że gdzieś jest ona – matka, która cierpi i tęskni, żyjąc w przekonaniu, że jej ukochany mąż i wyczekana córeczka przepadli w niespokojnym oceanie. Hannah. Nie przestaje wierzyć, że nadejdzie ten upragniony moment i koszmar się skończy. Że w progu jej domu stanie Frank z ich dzieckiem na rękach i wszystkie elementy układanki odnajdą swoje miejsce. Jednak Hannah otrzymuje tylko jeden brakujący fragment swojego utraconego życia – małą dziewczynkę, która nie wie, że kobieta jest jej matką, która nie przyjmuje do wiadomości, że źli ludzie doprowadzili do ich rozstania kilka lat temu, że to ona, Hannah dała jej życie. Czy to, co spotkało Isabel i Hannah było okrutnym żartem od Boga, czy może to niewłaściwe decyzje i ich konsekwencje? Czy ceną za marzenia musi być tak ogromne cierpienie? I kim jest właściwie czytelnik, że rości sobie prawo do oceny i potępienia? Światło między oceanami M. L. Stedman  to opowieść, która kusi niepowtarzalną, urokliwą atmosferą od pierwszych zdań. Jednocześnie zmusza do stawienia czoła niszczycielskim pragnieniom. Podczas lektury powieści nie opuszczały mnie wątpliwości i moralna huśtawka i właśnie to uczyniło tę historię doskonałą. Nie znajdziecie tu bohaterów przeszytych złem i nienawiścią. Ich jedynym grzechem są niegasnące marzenia o szczęściu. Dlatego, gdy jest ono na wyciągnięcie ręki, tak trudno z niego zrezygnować. Gorąco polecam! 



Jak widzicie – jest w czym przebierać! Niektóre tytuły się powtórzą, ale zaprosiłam tak różne osoby, że każda z nich rozpisała to na swój specyficzny sposób! :) Jeszcze raz dziękuję za udział! :)

A Wy co polecicie? 

Udostępnij ten post

17 komentarzy :

  1. Dziękuję pięknie za zaproszenie! Świetny wpis wyszedł :)

    OdpowiedzUsuń
  2. bardzo rzetelny wpis :) skojarzył mi się z moją maturą, ktorej tematem był motyw dziecka w literaturze :-)

    OdpowiedzUsuń
  3. Ciekawe pozycje,nie wszystkie znam!

    OdpowiedzUsuń
  4. Również ogromnie dziękuję za zaproszenie :) to było trudne zadanie, ale cieszę się, że mogłam dodać od siebie kilka słów.

    OdpowiedzUsuń
  5. Dziękuję za zaproszenie. To zaszczyt znaleźć się w takim gronie!

    OdpowiedzUsuń
  6. I tak nie powtórzyło się wiele :D
    Cieszę się, że mogłam wziąć udział, jeśli będziesz następnym razem tworzyć takie posty - pisz śmiało, ja zawsze chętna :)
    Jeju, jak tak czytałam te wypowiedzi to do głowy przychodził mi jeszcze z tuzin matek, o których mogłabym wspomnieć, np. matka Nikity z Dziewczyny z Dzielnicy Cudów :P Choć jej do ideału matki daleko :D

    OdpowiedzUsuń
  7. No i wyszedł ładny, przekrojowy i niejednorodny wpis. Jedna mama a tyle możliwości ;)

    OdpowiedzUsuń
  8. Wyszło cudownie! <3 Dziękuję za zaproszenie!

    OdpowiedzUsuń
  9. Ależ mamy ciekawych matek. A też nad kilkoma się innymi zastanawiałam, np. Lily Potter ;) Super zestawienie

    OdpowiedzUsuń
  10. Dziękuję za zaproszenie! Wyszło świetnie :-)

    OdpowiedzUsuń
  11. Dziękuję za zaproszenie :) Tak wiele oblicz matki, kto by pomyślał :) Muszę przyznać, że na początku chciałam podobnie jak Kasia powołać się na Molly Weasley, ponieważ uwielbiam ten cykl, a ta bohaterka jest wyjątkowa, ale zwyciężyła Matka z "Maminsynka" ;)

    OdpowiedzUsuń
  12. Kurcze ciężko by mi było. Matka w literaturze rzadko jest główną bohaterką, a przez to jest mało zapamiętywalna.

    OdpowiedzUsuń
  13. Dzień Matki pełną parą! Też dodałam u siebie post z tej okazji i też w nim zawarłam Molly Weasley. Molly Weasley jest cool!! :D

    Pozdrawiam
    To Read Or Not To Read

    OdpowiedzUsuń
  14. Cały wpis wyszedł cudownie :) Cieszę się, że mogłam być jego częścią :) Wspaniała lektura :)
    Pozdrawiam,
    Kamila

    OdpowiedzUsuń
  15. Muszę poprzyglądać się tym matkom bliżej :)

    OdpowiedzUsuń
  16. No cóż, nie zmierzyłam się z czasem, ale piękne propozycje. Jeżynowa zima... Piękna ta historia. ;(

    OdpowiedzUsuń
  17. Wszystkim mamom polecam książkę: Zatrzymać dzień, bo to niezwykła opowieść wzbudzająca pozytywne emocje. Można ją wchłonąć w dosłownie dwa wieczory. Dobra, bo: krótka i przyjemna :)

    OdpowiedzUsuń

Z książką do łóżka © 2015. Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka